Po prostu być!

autor Maia Sobczak
autor Maia Sobczak
To był dzień w którym niczego się nie spodziewałam. Tak po prostu sobie byłam, oddychałam i brałam to co do mnie przyszło. I dobrze, czasem oczekiwania zabierają całą frajdę z życia i przyciskają nas do gleby, myśląc że odklepiemy przegraną jak zapaśnik na ringu.

To był dzień w którym niczego się nie spodziewałam. Tak po prostu sobie byłam, oddychałam i brałam to co do mnie przyszło.
I dobrze, czasem oczekiwania zabierają całą frajdę z życia i przyciskają nas do gleby, myśląc że odklepiemy przegraną jak zapaśnik na ringu.



Nic z tego. Nie mam dziś oczekiwań.
Za oknem wiosenna zima. Sople zwisające z dachu już się co prawda roztopiły ale śnieg został tam gdzie był wczoraj i przedwczoraj. Trudno, jest przynajmniej biało.
Lubię biały.
Kojarzy mi się z czystością, z początkiem…może z małym dzieckiem?
Sama nie wiem...moje już w sumie nie takie małe.

Ta refleksja przyszła do mnie koło 11.00. Przeczesywałam bibliotekę zdjęć w poszukiwaniu tego jedynego zdjęcia ilustrującego dziecięcą zakładkę kulinarną na mojej stronie.
O rany...ile wspomnień, zapachów, miejsc i emocji kryje taka domowa kolekcja.
Dziękuję w duchu, że są na świecie ciekawscy ludzie, aparaty fotograficzne, komputery i twarde dyski!

W jednej chwili, przenoszę się do początku – do jasnego, do białego.
Właściwie to nawet siedzę w białym, miękkim szlafroku który dostałam od Henryka po tym jak poprzedni biały przestał być już biały a tym bardziej miękki.
O! patrzę na zdjęcie gdzie jestem w tym poprzednim białym z kubkiem jakiegoś naparu.
Wiem! już pamiętam, to był imbir z miodem a ja opatulona w granatowy koc z czerwonym nosem stoję w przejściu pomiędzy kuchnią a pokojem w naszym pierwszym mieszkaniu.

To był ulubiony koc naszej pierwszej wspólnej miłości – rudej, masywnej dożycy Tekli, która dziko szalała po wspólnych 28m tuż przy Łazienkach.
Duża, kochana, pluszowo miękka, niesamowita przyjaciółka.
Pamiętam jak nauczyła się pływać w stawie na Agrykoli, od tej pory nazywaliśmy ją zwierzyną błotną. Nie przepuściła żadnemu akwenowi wodnemu, błocku czy choć trochę wilgotnemu miejscu w którym można było się radośnie wytaplać.
Patrzę na datę a to zdjęcie jest z 2001 roku. Nieźle, wydaje się jakby to było tydzień temu.

Tekla patrzy na mnie swoimi rudymi, pięknymi oczami. Patrzę w te oczy ze zdjęcia i myślę że strasznie za nią tęsknię.
Nie widzę już nic....oczy topnieją mi jak sople na dachu.
Serce pamięta bezwarunkową miłość, zapach, dotyk.

Trzeba po prostu być, nie oczekiwać.
Trwa ładowanie komentarzy...