O autorze
Z pasji psycholog i dietetyk holistyczny. Uwodzi pięknym, zdrowym i smacznym jedzeniem oraz świadomym podejściem do życia. Ćwiczy jogę, kocha zwierzęta, ludzi i świat. Optymistka i uważna obserwatorka rzeczywistości.

Zmieniła swoje życie diametralnie, kiedy na jej drodze stanęła oblepiona, brudna młodziutka kasztanka - towar, a nie istota. Nie zgodziła się na to.

Teraz uczy wrażliwości, segregacji śmieci, uważności, miłości, szacunku do siebie i innych.
Warszawianka, od 16 lat w szczęśliwym związku. Mama boskiego blondyna, który też nieźle namieszał swoim przyjściem na świat!

To ona qma kaszę: www.qmamkasze.pl; http://pl-pl.facebook.com/pages/qmam-kasze

Wege Śmege czyli kosiarka do zielska.

qmamkasze.pl
Tak, jestem jak kosiarka. Wcinam wszystko, co zieleni się do mnie przyjaźnie. Lubię też kolorowe, soczyste i świeżo chrupiące. Kulki różnej wielkości, podłużne, chropowate, miękkie i te twarde, że ciężko je pokonać w pojedynkę. Nawet nożem, zaostrzonym jak brzytwa u golibrody albo jak śnieżno biały kieł u dzikiego z głodu drapieżcy. Od kilkunastu lat wrzepiam się swoimi zębiskami w liście. Dobrze mi z tym moim wege-śmege.

Patrząc wstecz, zastanawiam się jak to było. Dlaczego, z czego to wynikało czy może dla kogo?



Wiem, że dla zwierząt. Dla siebie. Z potrzeby porządku.

Od zawsze kochałam zwierzęta, właściwie jak każde dziecko. Jeszcze czyste, otwarte na świat, blisko źródła, natury, energii czy Boga – jak kto woli.
Przychodzimy na świat z wrodzoną wrażliwością, delikatnością zmysłów i duszy. Można powiedzieć, że jedni są bliżej nieba, drudzy bliżej ziemi. Nie ma w tym nic złego. Jesteśmy przecież różni, pod wieloma względami.

Zwierzęta mają niesamowitą energię i ciepło. Wpływają odprężająco, stymulująco i kojąco na ciało i umysł człowieka. Kontakt z nimi to niesamowita przyjemność i praca z własnymi słabościami.
Jedno spojrzenie, głęboko w niewinne, szczere oczy wystarczy by dać zwierzętom wolność i miłość na jaką zasługują. Przecież mówi się, że oczy są zwierciadłem duszy. Polecam popatrzeć w swoje i w głębokie, kochające, delikatne, ufne oczy innych stworzeń.

Tak, będąc dzieckiem jadłam mięso.

W moim rodzinnym domu, w każdą niedzielę był „lepszy” obiad z kawałkiem mięsa plus czasami mortadela czy parówka – jeśli można zaliczyć te wyroby do mięsnych. W tamtych czasach, myślę że można było.
Osobiście wolałam buraki z ziemniakami, szpinak, leniwe, naleśniki, knedle, pierogi z serem czy ruskie i inne wspaniałości przełomu lat 70/80. Kieszonka w przedszkolnym fartuszku służyła za tajną skrydówę lekko nadszarpniętych zębem zraz, kotletów i wszelkiej maści panierowanych cudów mięsnych. Kieszonka taktownie nie uskarżała się na swój codzienny, przeżuty los.
Większe kawałki, trudne do ukrycia lądowały pod stołem, pomiędzy machającymi na przemian nogami w grubych, pasiastych rajstopach. Te grube rajstopy jawią mi się koszmarem z dzieciństwa. Właściwie takim samym jak te bitki, czy co gorsza żołądki lub cynaderki.
Pamiętam jak stojąc w sklepie zobaczyłam w lodówce poukładane języki. To było bardzo dobitne, realne. Nie tak jak kotlet na talerzu, zupełnie nie przypominający żadnego, znanego mi stworzenia.

Mam jeszcze kilka obrazów, które jak nie zmywalny marker w fatalnym kolorze, porysowały mnie dotkliwie na zawsze. Wykreśliłam je przed chwilą, ponieważ są zbyt okrutne, przerażające i śmierdzące. Zupełnie jak czyszczone własnoręcznie flaki na uniwersalną zupę weselną. Nie wiem czy weselnicy, czując ten odór, weselili by się tak ochoczo.

Nie, nie zamierzam przerażać i namawiać do mojej drogi . To sprawa osobista.

Nie chcę zjadać stworzeń karmiących swoje młode piersią, kochających do utraty tchu, delikatnych i wrażliwych - zupełnie jak ja. Wolę soczyste owoce, kolorowe warzywa, orzechy czy zboża.
Nie chodzę do sklepów, w których pływa świąteczny karp łapczywie szukający kawałka przestrzeni dla siebie. Walczący o przetrwanie w plastikowej siatce.
Nigdy nie zjadłabym swojego psa, kota czy konia. Nie widzę powodów, żebym zjadła cielaka, krowę, świnię czy chomika.
Nie chcę butów z wężowej skóry ani cudzego futra na moim grzbiecie. Mam do tego prawo.

Jedyne co zrobię, to zachęcę do chwili zastanowienia. Spojrzenia z innej perspektywy.
Do spróbowania, choć przez chwilę, jak to jest żyć inaczej. Uważniej, delikatniej i z poszanowaniem innych. Również ludzi.
Z ustami pełnymi chrupiącego, świeżego życia. Z ogrodem tętniącym kolorami w lodówce, na parapecie w okół nas i w nas.

Wiem, że ten temat zawsze wzbudza wiele emocji. Oby, po przemyśleniu, pozytywnych.
Trwa ładowanie komentarzy...